Wśród płomieni przeżyła swój pierwszy pocałunek. ‘I pewnie ostatni’ – myślała
oprac.Marta Korycka20 września 2026, 16:04
Miała trzynaście lat, gdy straciła ojca. Potem razem z matką i siostrą trafiła do warszawskiego getta. W książce “Zima o poranku. Opowieść dziewczyny z warszawskiego getta”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Poradnia K, Janina Bauman opisała ucieczkę z getta i lata ukrywania się po aryjskiej stronie: życie na fałszywych papierach, nieustanną tułaczkę i przypadek, od którego często zależało ocalenie. Publikujemy fragment.
<a href="https://google.com/preferences/source?q=gazeta.pl” rel=”nofollow noopener” target=”_blank”>Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Dwudziestego piątego września – a był to poniedziałek i Jom Kippur, czyli Sądny Dzień – rozpętało się piekło na ziemi. Później się dowiedzieliśmy, że tego dnia Niemcy przypuścili decydujący atak na Warszawę, ale zdrętwiali z przerażenia wśród trzęsących się i kołyszących ścian piwnicy sądziliśmy, że Hitler wybrał specjalnie dzień wielkiego żydowskiego święta, żeby zrównać z ziemią żydowską dzielnicę. Czas się zatrzymał, życie wydawało się dobiegać końca, mogliśmy tylko pragnąć, aby piekło pochłonęło nas szybko i bezboleśnie.
W pewnej chwili, w ciągu tego mrocznego i znieruchomiałego czasu, ktoś wziął mnie za rękę i poprowadził przez podziemny labirynt, po czym w górę, do opustoszałego sklepu na parterze. Oślepił mnie nagle wielki blask, ogłuszył przeraźliwy melanż dźwięków: szumu, brzęczenia, świstu. Za rozbitym oknem wystawowym sklepu stała potężna ściana ognia – płomienie pochłaniały przeciwległą stronę ulicy Granicznej. Istniały tylko blask i dźwięk. Staliśmy w kompletnej pustce, Artek i ja, poza ludzkim światem, na skraju życia. Osłupiali przywarliśmy ciasno do siebie. Milczeliśmy. W urzeczeniu wpatrywaliśmy się w płomienie – przez długie godziny, a może przez kilka sekund tylko. Później się całowaliśmy, każde z nas pierwszy raz w życiu. “I pewnie ostatni” – myślałam.
Szturm trwał cały dzień i całą następną noc. Płonęły wszystkie okoliczne domy, nie było więc dokąd uciekać. Czekaliśmy na śmierć. Ale nad ranem jakiś nieznajomy, który skrył się w naszej piwnicy, objął nagle komendę i wydał rozkaz, aby wszyscy mężczyźni i młode kobiety udali się z nim na dach. Mnie nie chciał zabrać, ale poszli z nim Artek, Mama, Jadzia i siostra Franciszka. Walczyli z ogniem od świtu do zmierzchu. Wody nie było, więc używali tylko piasku i siekier, by uchronić nasz dom przed płomieniami. Akcja się powiodła.
Wszyscy żyliśmy jeszcze, gdy szturm dobiegł końca i złowieszcza cisza zastąpiła pandemonium dźwięków. W tej nagłej ciszy próbowaliśmy przewidzieć przyszłość. Nieliczni optymiści, jak pan Bachner, wierzyli – czy raczej udawali, że wierzą – że Niemcy poniosły klęskę z rąk aliantów i że generał Sikorski na czele polskiego wojska przybył na odsiecz Warszawie. Ale nikt z pozostałych w to nie wierzył. Gdy po pewnym czasie ostrożnie wychynęliśmy z piwnicy, żeby spenetrować wyższe piętra, dobiegł nas dźwięk radia, które jakimś cudem przetrwało bombardowanie. Łamiącym się, ochrypłym głosem prezydent Starzyński ogłaszał kapitulację Warszawy.
Wróciliśmy do mieszkania pokrytego grubymi warstwami rozbitego szkła, białego pyłu i czarnej sadzy. Wiatr hulał po pokojach, przynosząc ostrą woń tlących się zgliszczy. Wzięliśmy się natychmiast do roboty, by doprowadzić mieszkanie do stanu używalności. Nasze zapasy żywności były już wyczerpane, ktoś więc musiał wyjść z domu i poszukać czegoś do jedzenia. Jadzia odnalazła dwa koszyki – jeden dla siebie, drugi dla mnie – i ruszyłyśmy w drogę. To, co ujrzałyśmy, wydało nam się umarłym miastem, zburzonym i wypalonym do fundamentów. Liczne budynki wciąż jeszcze płonęły, płyty chodników były rozbite, tu i tam widniały głębokie leje po bombach. W tym księżycowym krajobrazie snuły się nieliczne postacie wygłodniałych ludzi poszukujących żywności – podobnie jak my. Raz napotkałyśmy tłum rojący się wokół leja po bombie. Odbywało się tam coś, czego nie mogłyśmy zrozumieć, dopóki nie podeszłyśmy bliżej. Na dnie leja leżał zabity koń. Podnieceni ludzie, z nożami i ze scyzorykami w rękach, złazili do dołu i wyrzynali kawały końskiego ścierwa. Wkrótce trup konia został rozcięty na pół i ukazały się wnętrzności. Zgłodniały tłum walczył teraz o kawałki parującej wątroby. Zrobiło nam się niedobrze i uciekłyśmy stamtąd z obrzydzeniem. Zrozumiałyśmy, że nasza wyprawa po żywność jest skazana na niepowodzenie. W drodze powrotnej zaryzykowałyśmy spacer przez Ogród Saski, gdzie zwykłam bawić się w dzieciństwie. Teraz panowała tam zupełna pustka i cisza. Nie było widać śladów zniszczenia. Prastare drzewa stały nieruchomo pod błękitnym niebem, mieniąc się złotem i purpurą wczesnej jesieni. Suche liście szeleściły pod naszymi stopami. Nagle – pod drzewem, wśród trawy i opadłych liści – dostrzegłyśmy świeżutkie, rumiane, połyskliwe kasztany. Trawnik był nimi gęsto usłany. Nigdy przedtem nie widziałam takiej masy kasztanów, zawsze polowały na nie hordy innych dzieci. Teraz wszystkie należały do mnie. I do Jadzi. Ogarnięte radością, w zapamiętaniu, rzuciłyśmy się, by je zbierać, aż nasze puste kosze wypełniły się po brzegi. Dźwigając bezużyteczny skarb do domu, byłyśmy niemal szczęśliwe.
Zobacz wideoWybory w USA. Izraelskie lobby nie odpuszcza
Dzień później po raz pierwszy zobaczyłam Niemców. Maszerowali ulicą Graniczną pod naszymi oknami: wysocy, dobrze odżywieni, schludni w swoich zielonkawych mundurach. Śpiewali głośno znienawidzone Heili, Heilo, ohydną pieśń zwycięzców, którą kiedyś słyszałam w Gdańsku. Ten widok i ta melodia zapisały się w mojej pamięci jako początek niemieckiej okupacji.
Z upływem dni i tygodni przyzwyczajaliśmy się powoli do nowych warunków. Wielki dom na Siennej 5 spalił się do fundamentów. Nic nie pozostało z naszego mieszkania i naszych rzeczy. Zresztą Mama i tak nie wróciłaby tam, póki babcia żyła. Henryk, ojciec Jadzi, i Ludwik, głuchoniemy wuj Mamy, zajęli się remontowaniem naszego obecnego domu i ani im było w głowie wyprowadzić się z Granicznej. Ludwik nie miał nawet dokąd wrócić, bo jego dom zburzono. Jadzia i siostra Franciszka też zostały z nami. Ponieważ trudno było o opał, zamieszkaliśmy wszyscy w trzech tylko pokojach. Te pierwsze dni i tygodnie pamiętam jako ponury czas jesiennych chłodów, rozpaczliwego cierpienia babci, codziennych niewygód i próżnej nadziei na wieści od Ojca i Stefana. Ale były także pogodne chwile. Chwile wielkiej radości, gdy zjawili się – żywi i cali – dziadek Maks i babcia Wiera, a później wiele innych drogich nam osób. Chwile drobnej radości, gdy znaleźliśmy dyktę do zastąpienia rozbitych szyb, gdy woda znów pociekła z kranów, gdy odzyskaliśmy prąd elektryczny. Bochenek świeżego chleba lub garść ryżu – zdobyte w jakimś na nowo otwartym sklepie i triumfalnie przyniesione do domu przez kogoś z nas – powodowały prawdziwą euforię.

Rosati o związkach. “Do miłości się nikogo nie zmusi. Jak facet nie…”
To ulubiony film reżysera “Ojca chrzestnego”. Stworzył go Polak
Wrzesień miesiącem profilaktyki. Nie okładaj zdrowia na jutroOGŁOSZENIE PŁATNE
“To jedyna moja komedia, która doprowadziła mnie do płaczu”
Zrezygnował z kultowej roli u Barei. “Do dziś mam wyrzuty sumienia”
- 16:04
Hitler zaatakował w święto. “Sądziliśmy, że wybrał dzień specjalnie? - 16:00
Quiz filmowy. Sprawdź, czy rozpoznasz najwybitniejszych aktorów PRL-u? - 14:16
Ile Wilki biorą za jeden koncert? W umowie widnieje pięciocyfrowa kwota - 12:02
Szybka Piątka to quiz dla bystrzaków. Tylko geniusze zgarniają komplet - 11:26
Mija 30 lat od koncertu Jacksona w Polsce. Przyciągnął 120 tys. fanów
Source: kultura.gazeta.pl

