Polska już od wielu lat w kwestii muzycznych festiwali nie ma się czego wstydzić. Coraz więcej imprez ściąga do naszego kraju ludzi z całego świata. Jednak w przypadku wydarzeń takich jak Opener lub metalowy Mystic Festival, decyzję o wzięciu udziału w koncertach u większości uczestników determinuje line-up. Jeśli chodzi o festiwal w Aleksandrowie Łódzkim, wygląda to często nieco inaczej.
17. edycja najlepszego festiwalu w Polsce za nami. Tam czujemy się jak w domu
Summer Dying Loud odbył się w tym roku po raz 17. W ciągu trzech dni na dwóch scenach perfekcyjnie naoliwionej festiwalowej maszyny stworzonej przez Tomasza Barszcza zagrało 50 kapel, a wśród nich legendy metalu takie jak: Satyricon, Nevermore, Destruction i Triptykon. Odwiedzając dziś SDL-a trudno uwierzyć, że w 2013 roku o występach światowych legend w Aleksandrowie Łódzkim można było jeszcze pomarzyć, a na jednodniowej wówczas imprezie grało zaledwie siedmiu rodzimych artystów.
Ciężka praca organizatorów, ale także ogromne wsparcie władz miasta zaowocowało metalowym świętem, bez którego setki festiwalowiczów nie wyobrażają sobie końca lata. Słowo “dom” w kontekście masowej imprezy brzmi może nieco patetycznie, jednak w przypadku SDL-a pada z ust zarówno grających tam artystów, jak i uczestników, niezwykle często. Dzieje się tak nieprzypadkowo. Atmosfera na Summer Dying Loud mimo ciągłego progresu imprezy jest co roku tak samo kameralna i rodzinna. W żadnym innym tłumie nigdy nie czułam się bezpieczniej.
Summer Dying Loud 2026. Relacja z festiwalu w Aleksandrowie Łódzkim
Jednak Summer Dying Loud to przede wszystkim muzyka. Muzyka wyselekcjonowana ze smakiem, różnorodna i głośna. W tym roku zaczęłam festiwal równo z jego rozpoczęciem i koncertem grupy Spieces. Warszawiacy oczarowali mnie albumem “Changelings” z 2025 roku, jednak dopiero przy słuchaniu ich grania na żywo, można je w pełni docenić i poczuć. Gdyby to było po prostu techniczne granie thrashu z wirtuozerskimi solówkami, to raczej nie miałabym czego dla siebie szukać pod sceną. Takie puste popisy rzadko dziś robią na mnie wrażenie. Ale! Muzyka Spieces kupiła mnie przede wszystkim jazzowymi odwołaniami i przestrzenią, której w takim graniu nierzadko brakuje. Brzmi to na żywo znacznie lepiej niż w wersji studyjnej i spina się idealnie z dystopijnymi tekstami.
Kolejnym fantastycznym polskim składem, który uświetnił SDL-a swoją obecnością, była grupaCiśnienie. Widziałam kapelę na żywo drugi raz i drugi raz odebrało mi mowę. Muzyka nie ma żadnych granic i zasad, a koncerty Ciśnienia są tego naczelnym przykładem. Tu awangardowy jazz idzie pod rękę z noisem i wprowadza słuchacza w kosmiczny trans. Piski, zgrzyty, puls basu niejednokrotnie brzmią w Ciśnieniu jak jedna wielka improwizacja, by zaraz zaatakować zgrabnie zapętloną melodią. Słucha się tego na żywo jak soundtracku z apokalipsy. Potężne brzmieniowo i emocjonalnie doświadczenie.
Mniejszą scenę w tzw. Krypice na tegorocznym SDL-u odwiedziłam po raz pierwszy za sprawą wyczekiwanego przeze mnie występu Stellar Blight. Z takim składem (w kapeli znajdziemy muzyków Manbryne, Owls Woods Graves, Shodan) nie dało się nagrać złej płyty i odbębnić fuszery na scenie, a i tak jestem zaskoczona, jak dobry to był koncert. Na żywo zespół wypada agresywniej, energiczniej, bardziej dynamicznie, jednak nie gubi przy tym rześkości i ujmującej melancholii. Dwa wokale zamiast się zakrzykiwać i ginąć w ścianie dźwięku, idealnie się tu uzupełniały. Ponury, gęsty klimat z miejscem na melodię – czego od muzyki można chcieć więcej?
Najbardziej wyczekiwanym koncertem pierwszego dnia festiwalu był zdecydowanie Triptykon. Tom Warrior wie, jak ustawić set, żeby jego najwierniejsi fani zbierali szczękę z podłogi. Imponujący koncert. Dobrze zagrany, jeszcze lepiej przemyślany, ale emocjonalnie gdzieś zupełnie obok mnie.
Spory tłum pod sceną zebrał także japoński Sigh. Nie będę udawać, że mnie ten lekko jarmarczny styl grupy nie porwał, bo porwał. Podczas koncertu Sigh dzieje się na scenie tyle, że zespół skutecznie odciąga uwagę od tego, czego muzycznie nie dociągnie. Płoną święte księgi, płonie samurajski miecz, leje się sztuczna krew, urocza córeczka Mirai Kawashimy i Dra Mikannibala gra na bębnie w corpse paintcie. Dzieje się też w zespołowym instrumentarium i kostiumach inspirowanych japońską kulturą. Efektowne to było i na pewno w dużej mierze spektakularne, ale nie sądzę, żebym kiedykolwiek włączyła sobie jakąkolwiek płytę Sigh w domowym zaciszu.
http://instagram.com/p/Dc3OW4zMW3R/
Nigdy nie należałam do szalikowców Iron Maiden, jednak jest jedna płyta Anglików, do której wracam regularnie i to z niemałą przyjemnością. Mowa o dziesiątym albumie studyjnym zespołu “The X Factor”, gdzie Bruce’a Dickinsona na wokalu zastąpił Blaze Bayley. Artysta w solowej odsłonie zagościł na dużej scenie SDL-a drugiego dnia festiwalu i odśpiewał największe przeboje z dwóch nagranych z Ironami płyt. I zrobił to znakomicie. Jest w tej muzyce nieznośny patos, jest widmo żerowania na nostalgii, ale na koncertach Blaze’a szybko przestaje mieć to jakiekolwiek znaczenie, bo są po prostu dobre.
Nie chciałam, żeby ten koncert się kończył
Wolfpack Heading Nowhere to z kolei zespół, w którym zakochałam się od pierwszej nutki. Znów mamy tutaj do czynienia z supergrupą złożoną z muzyków z Stellar Blight, Owls Woods Graves, Embrional i Narbo Dacal. Tym razem jednak artyści pozwalają sobie na odejście od agresywnego black metalu i eksplorowanie romantycznych i rozpaczliwie melancholijnych zakamarków swoich dusz. To zespół, który Type o Negative zabrałby ze sobą w trasę, której Ville Valo mógłby słuchać w samochodzie, a ja mam zamiar zapętlać całą jesień. Koncert w Krypcie był drugim, jaki Wolfpack Heading Nowhere kiedykolwiek zagrał, i był piękny. Naprawdę, po prostu piękny. Nie chciałam, żeby się kończył.
Największym zaskoczeniem tegorocznego Summer Dying Loud okazał się dla mnie koncert projektu Sventevith. Adam Nergal Darski, lider Behemoth, postanowił wrócić do korzeni. Zaprosił do współpracy islandczyków z blackmetalowego Misthyrming, żeby zagrać wspólnie debiutancki album swojego macierzystego zespołu “Sventevith (Storming Near the Baltic)” z 1995 roku. Behemoth jest jedną z formacji, które widziałam na żywo najwięcej razy. Muzyki Nergala i postaci, którą kreuje, można nie lubić, jednak artysta od dziesięcioleci jest gwarantem profesjonalizmu i jakości, a żaden jego sukces nie jest przypadkowy. To ogrom pracy, talentu i determinacji.
http://instagram.com/p/Dc5w0VrM1Vr/
Jednak dziś Behemoth to przede wszystkim dobrze działająca firma.Koncert na Mystic Festivalu nie pozostawił żadnych wątpliwości – nie ma większej metalowej grupy w tym kraju i długo nie będzie. Jednak przy takiej skali przedsięwzięcia często gubią się emocje i to jest mój największy problem z koncertami Behemotha granymi od linijki.
W przypadku Sventevith postawiono na minimalizm. Zarówno ten muzyczny jak i wizualny. Rozdmuchaną produkcję Behemotha zastąpiły odwrócone krzyże z kolumn gitarowych, a Nergal na scenę wyszedł w zwyczajnej skórzanej kurtce. Nie było kardynalnej mitry ani buchającego ognia. Były za to kawałki z “Sventevith” w surowych aranżacjach, które wybrzmiały znakomicie.
Darski zaprezentował życiową formę, to był wokalnie jeden z najlepszych koncertów Adama, na jakich byłam. Jestem przekonana, że te same kawałki odegrane z muzykami Behemotha nie wypadłyby na żywo tak dobrze. Bo poza umiejętnościami dużą rolę odegrała tutaj też zwyczajna radość z grania. Nergal na scenie miał energię zakochanego w black metalu nastolatka, nie międzynarodowej gwiazdy, która zagrała koncerty ze wszystkimi idolami z dzieciństwa.
Trzeciego dnia bardzo miło zaskoczył mnie Thy Worshiper. Ostatni raz widziałam zespół na żywo prawie 10 lat temu w nieco innym składzie i miejscu w karierze. Odhaczyłam kapelę jako “nie dla mnie” i do jej twórczości nie wracałam. Tym razem odebrałam zespół jako grupę bardzo nienachalną i oryginalną, jak na gatunek, którym się para. Artystom mimo grania za dnia udało się zbudować wokół siebie mistyczny klimat, a pełen pakiet muzycznych ozdobników nie przeszkodził w zachowaniu spójnego klimatu.
Zobacz wideoPiosenki często zyskują drugie życie i żyją w social mediach. Wskrzeszają je… filmowcy!
Rozczarował mnie za to koncert Jesu. Projekt nie ma podjazdu do Godflesh i wszystkich tych, którzy myśleli, że Justin Broadrick przygotował godne zastępstwo, z żalem muszę sprowadzić na ziemię. Nie przypadł mi do gustu także Rope Sect. Miks post-punku z gotyckim rockiem brzmi jak przepis na dobrze spędzony czas pod sceną, jednak kapela zaserwowała dość nijaki i płaski występ. Zabrakło mi w ich graniu odrobiny surowości i charyzmy.
Charyzmy aż nadto można było doświadczyć na świetnym koncercie (kolejnym na SDL-u) grupy Dool. Bardzo intensywne doświadczenie, precyzyjna gra i fenomenalny wokal Raven van Dorst złożyły się na jeden z najlepszych występów tegorocznego festiwalu w Aleksandrowie Łódzkim.Od kapeli trudno odwrócić wzrok, gęste gitary brzmią na żywo mroczniej i potężniej niż na płytach, a całość działa na słuchacza wręcz hipnotyzująco. Koncertowy pewniak.
Na sam koniec zostawiam koncert, który podobał mi się na Summer Dying Loud 2026 najbardziej. Nie ma dla mnie bardziej magicznych momentów w życiu od tych, kiedy owoc wrażliwości obcego człowieka tak szybko i mocno ze mną rezonuje. Nieważne czy mowa o obrazie, filmie, muzyce czy jakimkolwiek innym sposobie na wyrażenie siebie i swoich emocji.
http://instagram.com/p/Dc8cgTIMokw/
Takie kliknięcie poczułam sekundę po tym, jak Kryptę zalały dźwięki pierwszego utworu zagranego przez norweską formację Arabrot. Grupę trudno jednoznacznie zaszufladkować. Jest tu folkowa wrażliwość, gotycki romantyzm i ogrom rock’n’rolla, który buja się tu ramię w ramię z chłodem elektroniki. Karin Park to nieposkromiony sceniczny żywioł. Chociaż muzyka Arabrot jest mroczna i intymna, wokalistka nie boi się kontaktu z publicznością, nie chowa za instrumentami, a otwartość nie odbiera artystce tajemniczości i magii.
Koncert Arabrot był dziki, nieprzewidywalny, a jednocześnie zagrany w punkt.To kontrolowany chaos i miks gatunków, w których zespół nawet na chwilę nie traci własnej tożsamości. Utwory Norwegów są różnorodne, melodyjne, krzykliwe i głośne. Nie da się przy nich nie bujać, nie tupać nóżką i nie uśmiechać. Fenomenalny występ, jedno z najlepszych doświadczeń koncertowych, jakie miałam okazję przeżyć w ostatnich latach.
W 2027 roku Summer Dying Loud osiągnie pełnoletność. Pozostaje mi już zacząć odliczać do kolejnej edycji imprezy, bo aż strach pomyśleć, co Tomasz Barszcz przygotuje nam na osiemnastkę swojego festiwalowego dzieciaka. Cokolwiek by to nie było, jadę w ciemno, co i Wam polecam.
- festiwal
- Summer Dying Loud
- koncerty
Source: kultura.gazeta.pl
