Supermarket budowlany. W jednej z alejek od podłogi do sufitu piętrzą się ciemnoniebieskie plastikowe wiaderka. Na ich tle stoi brodaty doradca klienta w adekwatnym do stanowiska uniformie. Ma mało entuzjastyczną minę, na oczy spadają mu długie, siwe włosy. Perfekcyjnie pasują do brody w podobnym kolorze. Kiedy podchodzi do niego klient i pyta, czy w ofercie sklepu są może wiadra, ten zerka na niego zdezorientowany i bez mrugnięcia okiem bezczelnie odpowiada, że niestety nie, bo wyszły już z mody. Chociaż pokochałam ten serial od pierwszego odcinka, właśnie po tej scenie zrozumiałam, że najnowsze dzieło Mackenziego Crooka trafi na moją listę ulubionych seriali komediowych.
Pokochałam ten serial od pierwszego odcinka
“Malutkie cuda” to opowieść o samotnym mężczyźnie w średnim wieku, który mieszka w zagraconym mieszkaniu w małym angielskim miasteczku. Michael Sleep (Pearce Quigley) żyje w zawieszeniu odkąd lata temu zaginęła jego ukochana – Clea. Bohater nie radzi sobie ze stratą, nigdy nie pozbył się przedmiotów należących do jego parterki, a nawet postanowił przygotować specjalny pokój na jej powrót (oj, wzruszycie się tym wątkiem).
Michael jednocześnie chce poznać prawdę o losie Clei, jednak wie, że nadzieja na jej powrót to jedyne, co trzyma go przy życiu i nie może stracić również jej. Z marazmu wyrywa go ojciec Brian (Michael Palin), który obiecuje synowi, że dzięki tajnikom alchemii może uzyskać odpowiedzi na swoje pytania. Kiedy Michael decyduje się na szalony krok skorzystania z rady ojca, jego życie się zmienia.
“Malutkie cuda” to serial mądry, ciepły, bardzo wzruszający, jednak nie ckliwy i przesłodzony. Wpisuje się w nurt dojrzałych emocjonalnie i bardzo popularnych w ostatnich latach produkcji dostępnych na Apple TV+ jak “Ted Lasso” i “Terapia bez trzymanki”. Jednak bliżej mu estetyką i klimatem do świetnego “After Life”.
Malutkie cuda zdarzają się codziennie
Serial Crooka jest bowiem do granic przyzwoitości brytyjski. Mnóstwo tu czarnego humoru pełnego sarkazmu, absurdów i autoironii. “Malutkie cuda” prócz ogromu ciepła mają w sobie także mnóstwo mroku, a mimo wątku fantasy pozostają niezwykle autentyczne. W przeciwieństwie do wcześniej wymienionych serii, akcja toczy się tutaj w małym angielskim mieście, a bohaterami są do bólu zwyczajni ludzie.
Nie ma tu ulic pełnych butików, modnych kawiarni, a żaden z bohaterów nie prowadzi nowoczesnego gabinetu psychologicznego, ani z dnia na dzień nie odnosi zawodowych sukcesów w niezwykle prestiżowej i ciekawej branży. Nikt nie nosi tu wymyślnych ciuchów, makijaży i nie prowadzi kont na Instagramie, bo zwyczajnie nie miałby czego na nich publikować.
Nieidealni bohaterowie “Malutkich cudów” mają co prawda swoje niespełnione ambicje i wielkie marzenia, jednak brak im odwagi i wiary w siebie by do nich dążyć.Chociaż na początku ich życie może wydawać się nudne, a nawet smutne, zmęczeni, wypaleni i przebodźcowani widzowie szybko zaczną zazdrościć im braku presji i pogoni za kolejnym sukcesem.
“Malutkie cuda” ogląda się tak dobrze również dzięki wspaniałym kreacjom aktorskim. Pearce Quigley, grając Michaela jest niezwykle oszczędny. Udaje mu się jednak wykreować postać, która koi spokojem i delikatnością, a za chwilę rozbraja inteligencją i zadziornością nastolatka.
Dzięki mieszance łagodności, młodzieńczej iskry buntu i niezgody na niesprawiedliwości świata Michael tworzy doskonały duet z lata młodszą od siebie Kacey (Lauren Patel). Celny scenariusz sprawia, że ich przyjaźń nawet przez moment nie wydaje się niezręczna i dwuznaczna. Ciekawą postać gra tu także Michael Palin znany doskonale fanom Monty Pythona. W “Malutkich cudach” wciela się w ojca Michaela, Briana, który chociaż zmaga się z demencją i mieszka w domu opieki, nie wywołuje w nas żalu i współczucia. To pełen energii wygadany staruszek z całkiem nieźle działającym umysłem ciągle aktywnego majsterkowicza.
Z bardzo specyficznego nastroju serialu, któryz niezwykłym wyczuciem łączy komedię z głęboką melancholią, wytrącają wątki kilku postaci drugoplanowych. Clive (Jon Pointing), Bev (Sophie Willan), Olive (Shola Adewusi) i Godron (twórca serialu we własnej osobie) są bardzo przerysowani, a sceny z ich udziałem wypadają szczególnie absurdalnie. Nie każdemu takie skoki z dość ponurej groteski będą pasowały. Postacie jednak pełnią w serialu ważną funkcję i nie pojawiają się tylko po to, by odhaczyć kolejny gag. Dzięki ich interakcjom z Michaelem dużo łatwiej nam poznać jego naturę.
Dobrą robotę dla serialu zrobili też polscy tłumacze. Uważam, że rodzimy tytuł serialu lepiej oddaje istotę produkcji. W oryginale brzmi on “Mali prorocy” i odnosi się do niewielkich stworków, które Michael zaczyna hodować w szopie. W przypadku “Malutkich cudów” pole do interpretacji jest większe, a podczas oglądania serii trudno pozbyć się myśli, że tytułowymi cudami są proste gesty i odnajdywanie w nich nadziei i radości.
I to jest właśnie najpiękniejsze w “Malutkich cudach”: swoboda, z jaką serial wydobywa magię ze zwyczajnej codzienności. Chociaż główny wątek fabularny kręci się wokół nadnaturalnych stworzeń i ich tajemnych mocy, ostatecznie najbardziej magiczną rzeczą, jaką otrzymał od losu główny bohater, była jakże przyziemna i ludzka… przyjaźń.
- serial
- apple tv
- recenzja
Source: kultura.gazeta.pl

