Paweł Tomczyk (PAP),
oprac.Marta Korycka7 września 2026, 08:49
Bez ich udziału “Sól ziemi czarnej”, “Brzezina”, “Perła w koronie”, “Vabank”, “Seksmisja”, “Dolina Issy”, “Faustyna”, “Generał Nil” i wiele innych polskich filmów, które odcisnęły się w zbiorowej pamięci, wyglądałoby inaczej. 7 września 1946 roku urodzili się Jerzy i Olgierd Łukaszewiczowie.
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Pierwszy na planie naszej rzeczywistości pojawił się przyszły wybitny operator filmowy, reżyser, scenarzysta, wykładowca akademicki, profesor sztuk filmowych. Drugi – charyzmatyczny aktor filmowy i teatralny – jest młodszy o 40 minut. – Miało to potem swoje konsekwencje. Mianowicie on się uważał za starszego i na bankietach pił moją rację – powiedział Olgierd Łukaszewicz Tomaszowi Miłkowskiemu, autorowi książki pt. “Seksmisja i inne moje misje” (2016).
Na samym początku swych artystycznych karier bliźniacy zagrali… braci
Ich ojciec Julian Łukaszewicz (1899-1972) był lekarzem, urodzonym w Uzbekistanie wnukiem polskiego zesłańca, matka, Helena z domu Kozakiewicz (1919-2003), pochodziła z Kamienia Podolskiego. Do Polski uciekli po puczu bolszewickim 1917 roku. Poznali się i pobrali w 1942 roku w Warszawie.
– Po Powstaniu Warszawskim rodzice ze starszym bratem Krzysztofem przez obóz w Pruszkowie dotarli na Śląsk. Nasze korzenie związane są jednak z Kresami, moje imię jest przecież bardzo wileńskie – powiedział Olgierd Łukaszewicz Piotrowi Czartoryskiemu-Szilerowi (“Nasz Dziennik”, 2009). Zamieszkali w Katowicach-Ligocie przy ul. Mazurskiej 4.
– Śląsk to jest rzeczywiście moja ojczyzna – patrzymy przecież przez pryzmat dzieciństwa. Mieszkałem tam do 18. roku życia – przypomniał Olgierd Łukaszewicz. – Urodzony w Chorzowie, wychowany w Katowicach-Ligocie, w parafii panewnickiej, w dzielnicy, na której terenie znajduje się kopalnia “Wujek”, czuję, że jest to mój żywioł, moje dzieciństwo i gniazdo, reszta jest mitem – podkreślił.
Na wychowanie chłopców miała duży wpływ “babcinka” Franciszka Biskup, matka dziewięciu synów – wszystkich przeżyła, kilku z nich zginęło w kopalniach – piastunka pomagająca Łukaszewiczom w wychowywaniu pociech. To w dużej mierze dzięki niej śląski stał się dla Olgierda “językiem serca”.
Ważną rolę w kształtowaniu osobowości braci odegrało harcerstwo i ministrantura. – Jako harcerze odwiedzaliśmy z bratem byłych powstańców śląskich, jako ministranci asystowaliśmy przy pogrzebach – wspominał Olgierd Łukaszewicz.
– Mama starała się uwrażliwić nas na odbiór sztuki poprzez obowiązkowe słuchanie koncertów czy konkursów chopinowskich. Nie wolno nam było wtedy śmiać się, żartować, trzeba było siedzieć i słuchać. Bywały także niedzielne popołudnia, kiedy starała się nas zainteresować albumami malarstwa, jakie zostały w naszym domu jeszcze po Niemcach – opowiadał.
Helena Łukaszewicz “kierowała domem niepodzielnie”, hodowała króliki, pisała felietony do „Gościa Niedzielnego”, była bardzo religijna. – Myślę, że to, że obaj z bratem bliźniakiem Jerzym mamy takie natury artystyczne, zostało wywołane przez matkę. A ojciec, marzyciel, opowiadał o swoim dzieciństwie, że wyjeżdżał w step na osiołku i oglądał gwiazdy – wspominał Olgierd Łukaszewicz (“Notacje NInA”, 2013). – Zabierał nas do planetarium, pokazywał niebo, uczył gwiazdozbiorów… I uczył jakiejś refleksji, namysłu… Dom rodzinny to fundament mojego aktorskiego życia, wyobraźni i w ogóle stosunku do świata – wyjaśnił.
Artystyczną wenę poczuł, gdy w szkole ogłoszono konkurs recytatorski wierszy o Leninie.– Podniosłem rączkę – były dziewczynki i byłem ja – wspominał. Ucząc później w harcerstwie recytacji, stał się swoistym “kaowcem”. – Po latach, na zdjęciach próbnych do “Perły w koronie” spotykam Łucję Kowolik (odtwórczynię głównej roli żeńskiej – PAP), a ona mówi: “Ty mnie uczyłeś wierszyki mówić”. I rzeczywiście doszliśmy do tego, że to było w harcerstwie – opowiadał w książce “Seksmisja i inne moje misje”. Wyniesione z harcerstwa doświadczenie w organizacji i zarządzaniu zaprocentowało niewątpliwie dużo później podczas prezesury w ZASP-ie.
Pierwsze kino mieli w swoim dziecięcym pokoju – mama pozwoliła wymalować na ścianie biały ekran, na którym Jerzy wyświetlał rozmaite rzeczy. – Zdobył aparat do wyświetlania, miał też kamery, 16 mm i 8 mm, bardzo dużo tego sprzętu nagromadził pod łóżkiem – wspomniał Olgierd. – Wypożyczał go z różnych organizacji, z Pałacu Młodzieży w Katowicach, z klubu Żak, a także z klubu ZBoWiD przy oddziale w Katowicach oraz z Harcerskiej Służby informacyjnej – wyjaśnił. – Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem siebie na ekranie, zrozumiałem, co to znaczy grać na zbliżeniu. Brat mi tłumaczył: No, widzisz, wystarczy spojrzeć w tym czy tamtym kierunku, nie trzeba się nadymać, trzeba być bardzo naturalnym – dodał.
W 1964 roku Łukaszewiczowie zdali do szkół wyższych – Olgierd do szkoły aktorskiej w Krakowie, a Jerzy do łódzkiej Filmówki na wydział operatorski. – Na pierwszym roku siedziałem w jednej ławce z Krzyśkiem Kieślowskim – wspominał Jerzy. Olgierd przyznał, że gdyby nie siedzący obok niego na egzaminie Leszek Długosz, to by się nie dostał. – Nie umiałem nic sensownego napisać o teatrze rybałtowskim. Leszek jeszcze dziś mi przypomina, że dał mi odpisać – opowiadał aktor Miłkowskiemu.
Żeby zdawać do krakowskiej szkoły teatralnej, zachęcił go Bogusław Kierc – poznany na konkursie poetyckim we Wrocławiu w 1963 roku poeta, aktor, odtwórca roli Krzysztofa Cedry w “Popiołach” Andrzeja Wajdy. Ten film, obejrzany jeszcze w liceum, był dla Olgierda głębokim przeżyciem. – Po latach umiałem opowiedzieć, jak będzie wyglądał następny kadr, gdzie, z której strony i co będzie widać – wspominał.
Na samym początku swych artystycznych karier bliźniacy zagrali… braci. W filmie “Sól ziemi czarnej” Kazimierza Kutza wcielili się w postaci Cyryla (Jerzy) i Gabriela (Olgierd) Basistów, uczestników II powstania śląskiego.
Według scenariusza Cyryl zostaje zastrzelony na samym początku. – Panie Kazimierzu, właściwie po co ta postać, skoro już w pierwszym akcie ginę? – zapytał Jerzy Łukaszewicz Kutza. – Słuchaj, jesteś mi potrzebny, żeby tu robić fotosy i na drugiej kamerze pracować – odparł reżyser. – To był rzeczowy argument, w związku z tym dałem się ukatrupić tak wcześnie. Musiałem się położyć do trumny – wspominał Jerzy Łukaszewicz w “Notacjach Archiwalnych SFP” (2013). – Byłem obłożony kwiatami, które tak intensywnie pachniały, choć to przecież był chyba marzec, jeszcze zima – zapamiętał. – Już sięgnąłem troszeczkę zaświatów i myślę, że bardzo miłe wrażenie mnie czeka – podsumował swój jedyny występ przed obiektywem kamery.
Usłyszał od brata: gdy patrzę, jak grasz, to mnie brzuch boli
– Dziś widzę wyraźniej, że bardzo się różnimy. Gdy patrzę na siebie i bliźniaka, mam wrażenie, że wszystko bierze się z dzieciństwa – ocenił Olgierd Łukaszewicz. – Mama opowiadała, że kiedy chłopcy grali na placu, ja potrafiłem zabrać im piłkę, a mój brat chował się za mamą. Śmieję się: “Widzisz, zostało ci to do dziś. Ty chowasz się za kamerą, a ja przed kamerą lubię się popisywać” – wspominał w jubileuszowej rozmowie “Olgierd Łukaszewicz: Na USG jąder badała mnie piękna pani doktor. Wtedy uświadomiłem sobie coś ważnego” (wyborcza.pl, 4 września 2026).
Jako ten “popisujący się” zyskał niewątpliwie większą sławę od brata bliźniaka. Na warszawskim pokazie premierowym “Soli ziemi czarnej” dostał od Wajdy propozycję zagrania w “Brzezinie”. Rolą w tym filmie zaczął swój pierwszy aktorski “przydział” – postaci melancholijnych, delikatnych wrażliwców, ludzi słabych i chorowitych. – “Szpilki” wtedy kpiły, że Łukaszewicz albo umiera, albo się rozbiera, albo jedno z drugim – przypomniał.
Jako jedną z pierwszych prób wyłamania się ze stereotypu aktor wymienił rolę apostoła Tomasza w “Wieczerniku” Ernesta Brylla (1985). – Z tego powodu dwukrotnie byłem przesłuchiwany. Za drugim razem usłyszałem, że jeśli jeszcze raz zagram w tym spektaklu, to już nigdy nie pojawię się ani w żadnym filmie, ani w telewizji – wspominał.
Jednak jeszcze przed “Wieczernikiem” był m.in. zimnym i bezwzględnym bojownikiem PPS-u w “Gorączce” Agnieszki Holland (1981). Później też udatnie wcielał się w role mężczyzn stąpających twardo po ziemi – m.in. Stefana Wyszyńskiego w filmie “Prymas w Komańczy” Pawła Woldana i w “Generale Nilu” Ryszarda Bugajskiego.
Jerzy Łukaszewicz za ważny moment swojego życia zawodowego uważa pracę przy filmie Jerzego Kawalerowicza “Śmierć prezydenta” (1977), do którego realizował zdjęcia wspólnie z Witoldem Sobocińskim. Kawalerowicz nauczył go “tego, co jest najważniejsze w filmie, czyli myślenia o tym projekcie non stop”. Duży wpływ miał też Sobociński. – Przyznam, że wszystko, czego się nauczyłem w zawodzie operatora, to właściwie od Witka Sobocińskiego – ocenił.
Drogi zawodowe braci Łukaszewiczów przecinały się wiele razy – stawali jednak po przeciwnych stronach kamery. – “Seksmisja” to radosna stacja na drodze mojego aktorskiego życia – nigdy bym się nie spodziewał, że ten film będzie komedią stulecia – ocenił Olgierd Łukaszewicz. – Scenariusz od początku wydawał mi się zabawny, a dodatkowo wiedziałem, że autorem zdjęć będzie mój brat. Miałem więc pewność, że będę pracował w miłym towarzystwie. Chociaż muszę przyznać, że Jerzy dystansował się i był wymagający. Pamiętam, że gdy poprosiłem go, żeby mi coś zasugerował na planie, powiedział: “Nie mogę ci pomóc, bo gdy patrzę, jak grasz, to mnie brzuch boli”. Tak wielkie miał za mnie poczucie odpowiedzialności – wspominał.
Wiele lat później podczas wspólnej pracy przy serialu “Plebania” doszło do “wybuchu na planie”. – Próbowałem z nim dyskutować o tekście, tak jak z innymi reżyserami, ale żaden reżyser tak mnie nie objechał jak on wtedy. A byłem już po 40 latach uprawiania zawodu – poskarżył się Olgierd na brata Tomaszowi Miłkowskiemu.
“Seksmisja” była trzecim z kolei filmem, przy którym Jerzy Łukaszewicz współpracował z Juliuszem Machulskim. Ta współpraca dała mu rozgłos i znakomite rezultaty. – W obu “Vabankach” operator, chcąc podkreślić nostalgiczny charakter filmów, narzucił obrazowi ciepłą dominantę barwną, a do tego przymglił niektóre sceny specjalnym filtrem – napisał Andrzej Bukowiecki w “Akademii Polskiego Filmu”. “Seksmisja”, zrealizowana przecież w siermiężnych warunkach technicznych kinematografii w PRL, zadziwia do dziś nowoczesnością strony wizualnej – podkreślił. – Duża w tym zasługa wyobraźni plastycznej reżysera, scenografa Janusza Sosnowskiego, ale i warsztatowo-artystycznej biegłości Łukaszewicza, który – zgodnie z trendem, jaki objawił się wcześniej w kinie amerykańskim – źródłem światła ekspozycyjnego uczynił rozmieszczone w dekoracji, widoczne w kadrze źródła oświetlenia powszechnego użytku, np. świetlówki w suficie. Dzięki temu, oglądając “Seksmisję”, nie wyczuwa się “świecenia”, jak mawiają operatorzy, potężnymi reflektorami; obraz, przy całej fantastyczności, wygląda bardzo naturalnie – ocenił Bukowiecki.
Zobacz wideo”Kingsajz”, czyli kultowa polska produkcja Machulskiego, z ponadczasowymi kwestiami [MUSIMY O TYM POGADAĆ]
– Zobaczyłem w Julku takiego fantastycznego młodego człowieka, któremu o coś więcej chodzi niż tylko odfajkowywanie kolejnych tytułów – wspominał Jerzy Łukaszewicz. – To było jego życie, jego żywioł, jego powołanie – wyjaśnił, podkreślając, że współpraca z Machulskim przy czterech filmach z rzędu była “jednym z najlepszych okresów jego życia”. Realizację “Kingsajzu” (1988) ocenił jako rzecz “przerastającą wszystkich”, głównie z powodu wielości zdjęć specjalnych, które “w owych czasach musiały się obyć bez komputera”. – Ale myśmy to zrobili, to się udało – podsumował operator.
Jerzy Łukaszewicz zrealizował też m.in. niezwykłe zdjęcia do “Doliny Issy” (1982) Tadeusza Konwickiego i “Siekierezady” (1986) Witolda Leszczyńskiego. Wyreżyserował m.in. “Przyjaciela wesołego diabła” (1987) i “Faustynę” (1994). W 1994 roku został wykładowcą w Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego.
– Tak się wydaje, że w zawodzie filmowca potrzebny jest talent, pracowitość… Ale ja mogę powiedzieć, że jedną z najważniejszych rzeczy jest szczęście do ludzi – ocenił Jerzy Łukaszewicz. – I ja miałem. Dziękuję niebu, że mogłem ich spotkać i mogłem tyle od nich otrzymać – podkreślił.
– Artystą być to rodzaj powołania. Jak istnieje etos inteligenta niosącego kaganek oświaty, tak istnieje etos artysty, który dzieli się z widownią tym, co przeżywa, dzieli się zagadką bytu, miłości, ciekawością innego człowieka. Artystą się bywa. Kiedy uda się dotknąć najistotniejszych problemów, filozoficznego skrótu, jakiegoś wyrazu, przenikającego do kości – powiedział Olgierd Łukaszewicz “Gazecie Lubuskiej” (1999).
Liczba jego istotnych ról teatralnych i filmowych dawno przekroczyła setkę. – Jestem wdzięczny życiu, że przyniosło mi tyle wspaniałych propozycji od genialnych reżyserów, fantastycznych ludzi. Bo przecież to oni pomogli mi zbudować – aktor od tego zależy – tak zwaną karierę – wyjaśnił artysta.
Paweł Tomczyk (PAP),
oprac.Marta Korycka
- Kręcili go prawie 12 lat, trwa niespełna 3 godziny. “Kapitalne kino“

Został ikoną muzyki wszech czasów. Pokonał Queen i Michaela Jacksona
Nie talent, nie rytm i nawet nie koordynacja. Na pierwszych zajęciach ważne jest coś innegoMATERIAŁ PROMOCYJNY- <img src="https://bi.im-g.pl/im/83/79/1f/z33003395H.jpg" alt="Cytat dnia. Wisława Szymborska: Ludzie głupieją hurtowo i mądrzeją…” loading=”lazy”>
Cytat dnia. Wisława Szymborska: Ludzie głupieją hurtowo i mądrzeją… 
Ferency o śmierci. “Nie odnalazłem żadnego Boga i ciągle tak samo…”
- 08:49
Jerzy jest starszy o 40 minut. “Miało to potem swoje konsekwencje” - 08:04
Polacy rzucali w nich monetami i chlebem. Po upokorzeniu nie chcieli wrócić - 07:00
Quiz poniedziałkowy. Poziom trudności rośnie z każdym pytaniem - 21:15
Dorociński u boku gwiazd Hollywood. Zagraniczni krytycy ocenili Polaka - 20:09
Miał wyśmiewać głupotę ludzi. 20 lat później brzmi jak ostrzeżenie
Source: kultura.gazeta.pl
